Poboczami przez Krainę Lessowych Wąwozów

Każdy rodzaj pogody możemy wykorzystać na krótki urlop, taki, który w połączeniu z weekendem pozwoli na nabranie sił. Nie wszyscy przecież preferują wycieczki terenowe, do których jednak potrzeba choćby odrobiny słońca i braku deszczu albo wiatru. Takie dni da się wykorzystać na zwiedzanie muzeów, z których największym – jak malborskiemu – musimy wszak poświęcić wiele godzin.

Reklama

Prognozę pogody można wcześniej obejrzeć, ale i tak musimy się liczyć z atmosferycznymi niespodziankami. Są tu dwie szkoły: albo nie przyjmować się tym, co zobaczymy na niebie, albo jakoś się zabezpieczyć w podręczne cieplejsze ubrania i przeciwdeszczową narzutkę.

Turystom, chcącym poznać Ziemię Lubelską, można zaproponować słynny trójkąt: Nałęczów-Puławy-Kazimierz, ale… alternatywnie.

Z Lublina da się wyjechać busem do wsi Wojciechów. Tam, niemal obok przystanku, każdy może poprzeszkadzać p. Czerniejowi, słynnemu kowalowi, od którego rozpoczął się renesans kowalstwa artystycznego na wschodzie Polski. Kuźnia Czerniejów od kilkunastu lat ściąga raz w roku najlepszych w tym rzadkim fachu, od niedawna także z Niemiec, Czech i Litwy. Efekty ich prac zobaczyć można w jedynym polskim Muzeum Kowalstwa, mieszczącym się w dawnej wieży ariańskiej, powstałej w Wojciechowie na przełomie XVI i XVII w. Stamtąd ruszamy pieszo szosą ku Sadurkom, by po 2 km wejść w Las Maszki Lelowe, który od 2002 r. chce uczynić rezerwatem krajobrazowym (wąwozy lessowe do 30 m głębokości) nestor naszych botaników – prof. Dominik Fijałkowski. Urzędy i właściciele leśnych działek bronią się przed tym nadspodziewanie gorliwie. Skręcając na szczycie wzniesienia szosy w lewo, podążając za leśną drogą schodzimy ku przedmieściu Nałęczowa – Bochotnicy.

Przez Nałęczów przemaszerowujemy ul Lipową, wiodącą wprost do Parku Zdrojowego. Park, przerzedzony i zaniedbany obejrzeć jednak warto, po czym, przeciąwszy go po przekątnej w lewo, przez mostek nad Bystrą, płynącą tu z Wojciechowa, trzeba przejść niewielkie pasmo łąk i udać się wąwozem pod górę, ku wieży ciśnień, górującej nad miasteczkiem. Stamtąd rozciąga się przepiękny widok na samą dolinę uzdrowiska, a ku zachodowi na Wyżynę Lubelską, aż po widoczne stąd Wyniesienie Urzędowskie. Nocujemy w Nałęczowie, by rano wyruszyć do Kazimierza Dolnego. Kto chce, może zabawić dłużej w Rynku i wyjść na Górę Trzech Krzyży, od kilku lat sprywatyzowaną (opłaty), kogo to nudzi – rusza z Rynku powoli ulicą Krakowską ku Czerniawom.

Teraz trzeba się zacząć liczyć z pogodą, bowiem turystów czeka długi marsz po odkrytym terenie. Przy samej ul. Czerniawy można zwiedzić dwa cmentarze: żydowski i żołnierzy radzieckich, którzy tu forsowali Wisłę w roku 1944. Rzeź była okropna, bo zawiodły środki przeprawowe i Sowieci używali zamiast łodzi powiązanych snopków zboża, zabieranych z chłopskich pól. Mimo to – rzekę przepłynęli.

Przed cmentarzem sołdatów skręcamy w prawo. Czeka nas długa droga kolejnym wąwozem, obok słynnej „Kuncewiczówki” poprzez wieś Męćmierz, całościowo będącą zabytkiem architektury. Tu od lat 70. XX w. kupowali domy aktorzy i pisarze, tu nie zdążył wyremontować swego nabytku Grzegorz Ciechowski. Wioska co roku jest do wysokości drogi zalewana przez Wisłę. Bez względu na warunki pogodowe – wiosną rzeka w tym miejscu wylewa regularnie. Naszym celem nie jest jednak Męćmierz, a ujście Chodelki do Wisły, najwyższy punkt Przełomu Wisły, skąd w słoneczne dni można w dali dostrzec Sandomierz. Po drogiej stronie rzeki, nawet w najgorszą ulewę, widać xerotermiczną skarpę lewego brzegu i ruiny zamku w Janowcu.

Wracamy tą samą drogą do Męćmierza, stamtąd ku kazimierskim kamieniołomom brzegiem Wisły, ścieżką pośród wielkiej ilości krzewów kaliny.

Rzekę przepływamy na wysokości kamieniołomów promem „Gerderland” i po 30 min. Marszu jesteśmy w miasteczku Janowiec. Tam nocujemy za sumę, będącą może ¼ wysokości opłat za nocleg w przereklamowanym Kazimierzu.

Jeśli pogoda nam sprzyja – trzeciego dnia po zwiedzeniu ruin zamku (trzeci pod względem powierzchni dziedziniec zamkowy w Polsce) i stworzonego u jego podnóża skansenu – ruszamy do Puław miejskim autobusem linii „17”, co godzinę odjeżdżającym z ryneczku miasta. Jeśli umiemy w Puławach swobodnie oddychać i nie przeszkadza nam wszechwładny zapach azotu z fabryki nawozów sztucznych, warto przejść się przez zabytkowy park Czartoryskich, usytuowany na wiślanej skarpie (acz od rzeki oddziela go sztuczna fosa z równie sztucznymi grotami, zbudowanymi na rozkaz księżnej Izabeli). Muzeum w Domku Gotyckim i sam pałac warte są obejrzenia, podobnie ze Świątynią Sybilli.

Poza tym Puławy to stara zabudowa centrum i wielka płyta nowych osiedli. Wypada więc ruszyć aleją Partyzantów (w tubylczym slangu: aleją Bandytów) ku dworcowi PKP, skąd dojechać można do domu, zależnie od tego, gdzie mieszkamy.

Po powrocie możemy już powiedzieć, iż widzieliśmy słynne miejsca, ale też, że znamy je od zupełnie innej, mniej masowej strony.

Stopka autorska: pogoda – http://www.pogoda.ekologia.pl

VN:F [1.9.18_1163]
Ocena: 0.0/10 (liczba ocen: 0)


Brak komentarzy... bądź pierwszy, dodaj swój komentarz!

Dodaj komentarz